The Doors - "The Doors"

Debiutancki album The Doors, wydany w styczniu 1967 roku, powstał w specyficznych okolicznościach, które ukształtowały jego unikalny charakter. Zespół, założony w 1965 roku w Los Angeles przez Jima Morrisona, Raya Manzarka, Robby’ego Kriegera i Johna Densmore’a, czerpał inspiracje z rocka psychodelicznego, bluesa i poezji. Proces tworzenia rozpoczął się po podpisaniu kontraktu z Elektra Records w 1966 roku, co umożliwiło nagrania w Sunset Sound Studios. Album nagrywano w zaledwie kilka dni, głównie w sierpniu 1966 roku, co odzwierciedla surową energię i spontaniczność zespołu. Producentem był Paul A. Rothchild, który pomógł ukształtować brzmienie, łącząc psychodeliczne eksperymenty z chwytliwymi melodiami. Ograniczony budżet i prostota sprzętu nagraniowego nadały płycie charakterystyczną, surową jakość. Sesje były intensywne, a Morrison często nagrywał wokale pod wpływem emocji, czasem także substancji psychoaktywnych. Album odniósł sukces dzięki unikalnemu stylowi, łączącemu mroczną poetykę z hipnotycznym brzmieniem organów Manzarka.



Zawsze, gdy zastanawiam się nad najlepszym debiutem w historii fonografii, jedną z pierwszych płyt, których myślę jest debiut amerykańskiej grupy The Doors. Chyba żaden inny zespół nie wyrobił sobie tak charakterystycznego brzmienia - klawisze Raya Manzarka i charakterystyczny głęboki wokal Morrisona to niesamowite połączenie, którego nie da się podrobić. Debiut Drzwi bardzo mocno je eksponuje, dodając elementy improwizacji i masę psychodelii. Słychać je już w pierwszym utworze, świetny "Break on Through" to chyba najbardziej energiczny i obok "Light my fire" najbardziej znany utwór z płyty, nie gorzej wypada jednak następny "Soul Kitchen", jeden z moich ulubionych momentów albumu, szczególnie porywa mnie żwawy refren. Następny "The Crystal Ship" to bardzo ładna ballada z bardziej introspektywnym charakterem niż reszta utworów. Kolejny świetny "Twentieth Century Fox" jednak powraca do energiczniejszego brzmienia poprzednich utworów. "Alabama Song" to jeden z bardziej psychodelicznym momentów płyty, który dziś osobiście trafia do mnie o wiele lepiej niż po pierwszych odsłuchach. Jednak i tak najlepszym momentem płyty jest najdłuższy "Light My Fire", porywa w niej zarówno początek, najdłuższa środkowa część improwizowana i końcówka, prawdopodobnie to jeden z moich ulubionych psychodelicznych utworów w ogóle. Następny "Back Door Man" wypada trochę bladziej przy reszcie utworów z płyty, chociaż nadal trzyma poziom. Sytuację poprawia jednak lżejszy "I Looked at You", na którym bardzo dobrze wypadają organy Manzarka i krzykliwy śpiew Morrisona. Najmniej z płyty porywa mnie jednak najspokojniejszy "End of the Night", chociaż nadal tworzy bardzo ciekawą psychodeliczną atmosferę i wnosi coś do płyty. "Take It at It Comes" z kolei znowu w świetny sposób powraca do dynamicznego charakteru płyty. Mimo tego, że wspomniałem, że "Light My Fire" jest najlepszym utworem z płyty, najciekawszym jest kończący 11 minutowy "The End". To hipnotyzująca psychodeliczna podróż pełna improwizacji i intensywności, a zarazem zdecydowanie jeden z najlepszych utworów grupy.


"The Doors" to jeden z najlepszych debiutów w historii, w którym brzmienie i kompozycje są na najwyższym poziomie, album hipnotyzuje i zachwyca od pierwszego odsłuchu. To również kamień milowy w historii rocka psychodelicznego, którego wstyd nie znać.


Ocena: 10/10

Komentarze

Popularne posty