The Band - "Music From Big Pink"

Grupa The Band powstała w latach 60. XX wieku, początkowo jako zespół akompaniujący kanadyjskiemu wokaliście Ronniemu Hawkinsowi pod nazwą The Hawks. Skład grupy uformował się wokół muzyków: Levona Helma, Robbiego Robertsona, Ricka Danko, Richarda Manuela i Gartha Hudsona, którzy pochodzili z Kanady i USA. Po rozstaniu z Hawkinsem w 1963 roku muzycy rozpoczęli niezależną działalność, grając w klubach i rozwijając swoje brzmienie. W 1965 roku zostali zaproszeni przez Boba Dylana do współpracy przy jego trasie koncertowej, co znacząco wpłynęło na ich styl, łączący folk, rock i country. Po trasie z Dylanem osiedlili się w Woodstock, gdzie w domu zwanym „Big Pink” zaczęli jamować i nagrywać nowe utwory. To właśnie tam powstał ich debiutancki album "Music from Big Pink", wydany w 1968 roku. Album został nagrany w prostych warunkach, w piwnicy domu, co nadało mu surowe, autentyczne brzmienie. 



Dla mnie to album dość wyjątkowy, bo mimo, że słuchałem wcześniej Boba Dylana, to właśnie debiut amerykańsko-kanadyjskiej grupy The Band naprawdę zafascynował mnie folk rockiem. I choć dziś mam na temat tego albumu inne zdanie niż kiedyś, gdy był to mój ogólnie ulubiony album, nadal słucham go z przyjemnością i często do niego wracam.


Otwierający album "Tears Of Rage" nie specjalnie mnie porywa, ale już w nim poznajemy brzmienie albumu. Harmonie wokalne, charakterystyczna dla folku złożoność aranżacji, ale melodia niezbyt porywająca. Dużo lepiej w jego roli sprawdziłby się następny "To Kingdom Come", z dużo bardziej energiczną melodią, nieco większą złożonością i jeszcze lepszymi harmoniami głosowymi, które są mocnym atutem tego wydawnictwa. "In A Station" mimo, że nie należy do mojej osobistej ścisłej czołówki utworów albumu, nadal jest prześwietnym kawałkiem, łączącym wcześniej wspomniane atuty brzmienia płyty, z melodią, no powiedzmy na poziomie pomiędzy otwieraczem a "To Kingdom Come". "Caledonia Mission" to jeden z moich faworytów, szczególnie wpada tu w ucho porywający refren i inteligentna budowa utworu. Jednak najbardziej znanym i najgenialniejszym utworem płyty jest "The Weight". Harmonie wokalne zostały tu wniesione na najwyższy poziom, ale tak naprawdę ten utwór nie posiada żadnych niesamowitych niuansów. To po prostu genialna melodia, charakterystyczne swojskie brzmienie, świetne partie instrumentalne i charakterystyczna atmosfera "Easy Ridera", do którego ten kawałek został z resztą wykorzystany. To utwór, w którym czuć niesamowitą wolność i swobodę. "We Can Talk" to bardziej luzackie granie, ogólnie chyba najbardziej żywe z całego albumu, to również jego czołówka. "Long Black Veil" daje mi trochę vibe kawałka do śpiewania przy ognisku, bardziej subtelny, stawiający tu bardziej na organy niż pianino. "Chest Fever" przede wszystkim daje się zapamiętać ostrym wstępem organowym, znów słychać tu luz i nieco ostrze brzmienie. Nieco gorzej w moich oczach wypada końcówka, "Lonesome Suzie" jest w sumie dość niemrawym kawałkiem, "This Wheel's On Fire" nie wnosi za wiele do całości, nie porywa mnie tu jakoś wokal, a melodia jest nieco mniej zapamiętywana niż w wcześniejszych utworach, a "I Shall Be Released" jest zdecydowanie za wysoko zaśpiewane jak na umiejętności wokalne członków zespołu i melodia ponownie mnie tu nie porywa.


Płyta ma bardzo charakterystyczne, jakby swojskie brzmienie, zachwycające aranżacjami, instrumentalnymi smaczkami i - co jeszcze raz warto zaznaczyć - fenomenalnymi wokalnymi harmoniami.


Ocena: 9/10

Komentarze

Popularne posty