Koncertówki Milesa Davisa z okresu elektrycznego - moje spostrzeżenia

Lata 70 były niezwykle płodnym okresem w dorobku Milesa Davisa, zarówno jeśli chodzi o albumy studyjne, jak i koncertówki. Z resztą, dał wtedy tyle świetnych koncertów, że przez lata potem wydawano jego archiwalne występy.




"At Fillmore: Live At The Fillmore East" (1970) - pierwsza koncertówka zarejestrowana w czerwcu 1970 roku już pokazała, do czego Miles był zdolny na scenie. Jego skład był fenomenalny: znajdowali się w nim między innymi Chick Corea, Keith Jarett i Dave Holland, jednak wszyscy muzycy wypadli tu świetnie. Słychać tu wyraźne wpływy funku i psychodelii, intensywna gra perkusji świetnie dopełnia się z psychodelicznymi organami i rewelacyjnymi popisami. Całość została niezwykle sprawnie zmiksowana przez Teo Macero, który potrafił łączyć jego różne występy w zaledwie cztery utwory, tak, że nie słychać między nimi przejść. Ocena: 10/10


Live - Evil (1971) - nagrania koncertowe są nieco inne od tego, co uświadczyliśmy na "at fillmore", gdyż pojawiła się gitara Johna McLaughlina, słychać tu też zapowiedź późniejszych koncertówek, jest w tym nieco więcej awangardy i rockowej energii. Niestety jest tu też obecnych kilka krótszych, nieinteresujących nagrań studyjnych, które obniżają poziom albumu. Mimo wszystko stanowią niewielką część płyty. Ocena: 9/10


Black Beauty: Miles Davis at Fillmore West (1973) - kolejna koncertówka okazała się jeszcze lepsza - muzycy grali jeszcze bardziej intensywnie i porywająco, saksofonowe solówki Grossmana są szalone i nierzadko graniczą z free-jazzem, tak jak gra na klawiszach Chicka Corei. Jedna z moich ulubionych koncertówek Milesa. Ocena: 10/10


Agharta (1975) - jedna z najbardziej cenionych koncertówek Davisa została nagrania już w innym składzie, tym razem z gitarą. Muzycy jeszcze bardziej poszli w stronę rockowego grania - jest tu bardzo gęsto, czasami wręcz kakofonicznie i awangardowo, ale jest też trochę melodyjnego grania z funkującą gitarą i porywającymi solówkami trąbki. Ocena: 10/10


Pangaea (1976) - podwójna płyta składająca się zaledwie za dwóch utworów. Ale jakich! "Zimbabwe" to niesamowicie porywający 40-minutowy kawałek oparty na intensywnej grze perkusji, który mimo swojej długości ani przez chwilę nie nudzi. "Gondwana" zawiera więcej klimatycznych momentów, ale są tu również intensywne momenty podobne do pierwszego utworu. Jak dla mnie jeszcze lepsza od "Agharty" Ocena: 10/10


Dark Magus (1977) - jest i ona - moja ulubiona koncertówka Milesa Davisa. Zawiera wszystko co najlepsze z pozostałych, podniesione do potęgi. Rewelacyjne solówki gitarowe, interakcja muzyków jakby czytali sobie w myślach, można tak wymieniać w kółko. Jedna z najlepszych koncertówek w historii jazzu. Ocena: 10/10


Live at the Fillmore East (March 7, 1970): It's About That Time (2001) - jest to bez wątpienia najbardziej free-jazzowy album Davisa, szczególnie słychać to w grze na saksofonie Wayna Shortera i klawiszach Chicka Corei. Jest tu też wszystko, za co cenię pierwszą koncertówkę Milesa z Fillmore East - świetne zgranie zespołu i niezastąpiona energia. Ocena: 10/10


Bitches Brew Live (2011) - wracamy do klimatów z "At Fillmore: Live At The Fillmore East", zarejestrowana na dwóch festiwalowych występach Davisa płyta, mimo sporej dawki energii jest jednak spokojniejsza i przystępniejsza od kilku wcześniej wymienionych. Nieco bardziej wybrzmiewają tu klawisze Chicka Corei, mniej tu awangardy i kakofonii. Nieco nudnawe są jednak oba wykonania "Sanctuary", a dziwaczne "The Theme" nie ratuje sytuacji. Cała reszta utworów wypada jednak naprawdę wspaniale. Ocena: 9/10


Nie są to wszystkie koncertówki z tego okresu, ale postarałem się wybrać te najciekawsze. Każda z nich ma w sobie coś wyjątkowego i każdą warto znać.

Komentarze

Popularne posty