Captain Beefheart & His Magic Band - "Trout Mask Replica"

Jeśli tytuł i okładka tego albumu wydają wam się dziwne, prawdopodobnie nie słyszeliście zawartej na nim muzyki. "Trout Mask Replica" Captaina Beefhearta to jedna z najbardziej kontrowersyjnych i unikalnych płyt w historii rocka. Powstawała ona w latach 1968-1969 w surowych warunkach domowego studia, gdzie Beefheart narzucał muzykom swojego zespołu niemal monastyczną dyscyplinę, zmuszając ich do wielogodzinnego odtwarzania i przekształcania jego nietypowych kompozycji. Efekt był surrealistycznym eksperymentem dźwiękowym, tworząc ekstremalną mieszankę awangardy rockowej, free jazzu i surrealistycznego bluesa.

Na pierwszy rzut oka muzyka tu zawarta wydaje się kompletnie chaotyczna i bezsensowna - w rzeczywistości jednak w zdecydowanej większości jest ona starannie skomponowana. Beefheart wymagał od muzyków nauczenia się bardzo trudnych do zagrania partii. Jest tu sporo nietypowych sposobów wydobywania dźwięków z instrumentów - ten eksperymentalizm jest nie tylko prekursorski, ale też ciekawy sam w sobie; skutkuje fascynującą frakturą, nierzadko przyprawiającą słuchacza o ciarki. Melodie są frywolne, a harmonia bazuje na zgrzytliwych dysonansach. Wokal jest bełkotliwy, chaotyczny, surowy i przerysowany, dodając jeszcze więcej absurdu do muzyki tu zawartej. Ogólnie słychać tu sporą dawkę autoironii i humoru - muzycy zdecydowanie zdają sobie sprawę, jak niecodzienne jest ich dzieło i robią wszystko by to podkreślić.


Brzmienie jest różne, ale zazwyczaj słabe - szumy, niedokładności i trzaski są tutaj obecne niemal przez cały czas. Spotykałem się z opiniami, że to tylko polepsza album - sam jestem nieco innego zdania. W pewnych momentach ewidentnie powinno być ono lepsze, ale tak ogólnie w sumie sprawia, że płyta jest jeszcze mniej sterylna i bardziej frywolna.


Choć ogólnie panuje tu spory eklektyzm, większość utworów ma kilka specyficznych cech: absurdalne partie instrumentalne, dysonansowe harmonie, bełkotliwy śpiew Beefhearta, brak struktury, dziwaczne melodie, inspiracje bluesem i free jazzem. Utwory, które łączą to wszystko to np. "Frownland", "My Human Gets Me Blues" czy "Dachau Blues". Są to utwory bardzo nieprzystępne, ale fascynujące i wciągające - im dłużej się ich słucha, tym lepiej wypadają.


Są też jednak odstające od tego schematu utwory. Część z nich jest świetna, część to niewypały. Na plus są tu np. obie części instrumentalnego "Hair Pie" - pierwsza bardziej free-jazzowa w klasycznym sensie, a druga łącząca free-jazz z rockiem. Na minus są utwory, w których Beefheart śpiewa a capella - "The Dust Blows Forward 'N the Dust Blows Back", "Well" i "Orange Claw Hammer". Nie wnoszą one wiele do albumu, a pod względem muzycznym są co najmniej nieinteresujące.


Ogólnie to jednak naprawdę fascynujący krążek, który z każdym odsłuchem jest coraz lepszy. Może jest trochę za długi i nie ucierpiałby na skróceniu go do jednej płyty winylowej, ale jego eksperymentalizm, oryginalność i prekursorskość sprawiają, że można mu wiele wybaczyć.


Ocena: 8/10

Komentarze

Popularne posty