Jeff Buckley - "Grace"
Ojciec Jeffa Buckleya, Tim, był jednym z najwybitniejszych folkowych muzyków lat 60', folk rockową stylistykę dopracował do perfekcji na "Goodbye and Hello" (1967), a także skrajnie z nią eksperymentował, czego najlepszym skutkiem była "Lorca" (1970). Jego twórczość cechował ekspresyjny, niesamowity technicznie wokal. Prywatnie nie był jednak zbyt dobrym człowiekiem, zostawił swojego syna z matką i założył inną rodzinę. Zginął w wieku 25 lat przez przedawkowanie heroiny, Jeff spotkał się z nim tylko raz.
Dlaczego o tym mówię? Jeff Buckley od początku swojej kariery spotykał się z porównaniami do ojca, sam unikał jego muzyki i czuł do niego wielką urazę. Z czasem jednak zakceptował swoje dziedzictwo i wykorzystał jego część na swoim jedynym studyjnym albumie, "Grace".
Stylistycznie album nawiązuje do folk rocka pokroju Led Zeppelin czy Vana Morrisona, brzmienie opiera się na najczęściej niezbyt agresywnych gitarach elektrycznych i akustucznych. Nie jest to jednak po prostu kopiowanie przeszłości, młody Buckley unowocześnił brzmienie i wzbogacił je wspaniałym wokalem. Właśnie - jeśli jest coś, co Jeff odziedziczył po ojcu, to niewątpliwie jetst to wokal - bardzo charyzmatyczny, a przy tym rewelacyjny technicznie i ekspresyjnie. Bez wątpienia jest to najmocniejszy punkt płyty.
Odkładałem w czasie sięgnięcie po tę płytę mimo statusu klasyka, znałem tylko cover "Hallelujah" i bałem się, że płyta - nawet jeśli nie aż tak spokojna - będzie utrzymana raczej w melancholijnym, nudnym klimacie. Na szczęście moje obawy okazały się nie do końca trafione - oprócz "Hallelujah" tylko "Lilac Wine" i "Corpus Christi Carol" są dla mnie żmudne i nieciekawe.
Zdecydowanie lepiej wypadają bardziej rockowe kawałki jak "Mojo Pin", "Grace", "Last Goodbye" oraz "Eternal Life" i nie wydaje mi się, że to przez to, że nie jestem fanem rockowych ballad - po prostu spokojniejsze utwory mają w większości niecharakterystyczne kompozycje i nudne wykonanie.
Od typowo rockowych schematów nieco wyłamują się udane "Lover, You Should've Come Over", "Dream Brother" i "Forget Her", wszystkie ciekawie rozwijające się i z ładną melodią.
Czy Jeff Buckley dorównał swojemu ojcu? Cóż, nie - i nie musiał, stworzył swój własny styl i z pewnością wniósł tym albumem coś do muzyki. Solidny longplay, szczególnie jak na mainstream lat 90'.
Ocena: 8/10
.png)
Komentarze
Prześlij komentarz