Tim Buckley - "Lorca"

"Lorca" powstała w okresie intensywnej artystycznej transformacji Tima Buckleya na przełomie lat 60. i 70., gdy odchodził on od folk-rockowych struktur w stronę radykalnej improwizacji i wpływów awangardy jazzowej. Nagrania odbywały się w 1969 roku, w atmosferze twórczej swobody i eksperymentu. Kluczowym impulsem była fascynacja Buckleya poezją Federica Garcìa Lorci, co przełożyło się na mroczny, introspektywny charakter materiału.

Rozpoczynająca longplay tytułowa "Lorca" to niewątpliwie jedna z najwybitniejszych kompozycji w historii muzyki - nie tylko popularnej. To co mnie tu szczególnie zachwyca to genialny, psychodeliczny wokal, upiorne organy i rewelacyjna progresja harmoniczna grana przez elektryczne pianino, dziwnie pasujące do klimatu. Żadne słowa nie opiszą wielkości tego kawałka, to trzeba przeżyć. Przy czym przeżyć z otwartą głową, bo na próżno doszukiwać się tu chwytliwych motywów i zapamiętywalnych melodii, można wręcz rzec, że utwór jest awangardowy i trudny w odbiorze. Jest on też bardzo niejednoznaczny emocjonalnie, ja tu słyszę pewien stoicyzm, pod którym kryje się jednach strach i niepokój, ale też jakby pogodzenie się z nadchodzącym końcem czegoś ważnego.

Dalej też jest świetnie, "Anonymous Proposition" łączy wspomniany wcześniej niepokój z pewną teatralnością, minimalnie więcej tu melodii, jednak nadal bardzo nieuchwytnej. Zrezygnowano tu z organów i pianina elektrycznego, zostawiając tylko bas, gitarę i wokal. Jednak mimo wykorzystania jeszcze mniejszej ilości środków wyrazu, również zbudowano tu fantastyczny klimat, choć całości zdecydowanie brakuje do utworu tytułowego i chyba jest to najmniej lubiany przeze mnie fragment płyty.

Trzeci "I Had a Talk with My Woman" to właściwie mocno psychodeliczna folkowa piosenka, jeszcze więcej tu melodii, a mniej awangardy. Klimat jest piękny, bardzo nostalgiczny, gitara akustyczna świetnie współgra z pianinem elektrycznym i bongosami, potem dochodzi do tego subtelna marimba. Wokal Buckleya jest przepełniony tęskonotą i melancholią - ale nie taką nachalną, smętną - tylko naturalną, budzącą kameralny, swojski klimat.

"Driftin'" opiera się na chwytliwej linii basu, ponownie słychać tu bongosy, ponownie świetnie dopełniające całość. Wokal jest bardziej frywolny i bezpośrednio emocjonalny, angażuje słuchacza i w logiczny sposób prowadzi utwór do przodu.

"Nobody Walkin'" to chyba najbardziej energiczny numer z albumu, instrunentalnie jest tu najgęściej, gitara gra rytmicznie, bas jest tłusty. Wokal jest bardziej bluesowy, refren chwytliwy, momentami nagranie zbliża się wręcz do tradycyjnego folkowego charakteru, jednak ciekawie zmodyfikowanego przez swoją niecodzienną formę i elektryczne pianino.

Każdy utwór ma tu fantastyczny klimat, Buckley pokazuje na płycie swoją nieziemską wszechstronność i talent - cóż, facet miał 5-oktawową skalę głosu, więc umiejętności nie można mu odmówić. Jeśli jeszcze nie słyszeliście, polecam jak najszybciej nadrobić!

Ocena: 9/10

Komentarze

Popularne posty